Normalność i „nienormalność”. Co kryje się za tymi słowami

Normalność i „nienormalność”. Co kryje się za tymi słowami

Słowa „normalny” i „nienormalny” brzmią tak, jakby opisywały coś oczywistego. Jakby istniała jedna uniwersalna miara, według której można sprawdzić, czy coś pasuje, czy nie. W praktyce tak to nie działa. Te określenia rzadko odnoszą się do faktów. Znacznie częściej pokazują to, co dla danej osoby jest znajome, akceptowalne, wygodne albo trudne do przyjęcia. I właśnie dlatego potrafią ranić – bo dotykają nie tylko zachowania, ale też poczucia, kim jesteśmy i czy mamy prawo być sobą.

Kiedy ktoś myśli: „ze mną jest coś nie tak”, rzadko chodzi o to, że robi coś obiektywnie złego. Zazwyczaj stoi za tym wstyd, lęk przed oceną albo poczucie, że jest się „poza tym, co wypada”. Z kolei gdy ktoś mówi o drugim człowieku: „to nienormalne”, bardzo często nie nazywa realnego zagrożenia, lecz wyraża swój opór wobec różnicy. W jednym słowie może kryć się zarówno opis rzeczywistości, jak i ocena, potrzeba przewagi, lęk czy nawykowy sposób myślenia.

 

„Normalne”: opis czy ocena

 

Słowo „normalne” może pełnić zupełnie różne funkcje. I właśnie dlatego tak często prowadzi do nieporozumień.

Czasem używamy go w znaczeniu statystycznego opisu: coś jest częste, przewidywalne, typowe. Dzieci w określonym wieku częściej mówią „nie” i upierają się przy swoim. Ludzie czują stres przed ważnym egzaminem. To „normalne” — czyli mieści się w ludzkiej zmienności i nie jest niczym niepokojącym. W takim znaczeniu słowo to potrafi przynieść ulgę. Pokazuje, że nie jesteśmy wyjątkiem, że nasza reakcja ma swoje miejsce wśród innych.

Jednak w codziennym języku „normalność” bardzo często przestaje być opisem. Zaczyna być oceną. Zamiast: „potrzebuję z tobą rozmawiać częściej”, pojawia się: „normalny partner powinien się częściej odzywać”. Zamiast: „czuję się samotna, gdy nie wracasz na święta”, słyszymy: „to nienormalne, żeby nie odwiedzać rodziny”. Za takimi słowami stoi już nie fakt, ale przekonanie: że coś „tak powinno wyglądać”. Że inny sposób jest gorszy, mniej właściwy, nie do przyjęcia.

Ta różnica — między opisem a oceną — ma duże znaczenie. W pierwszym przypadku zostawiamy miejsce na rozmowę. W drugim — stawiamy granicę, ale nie po to, by siebie ochronić, tylko po to, by przekonać drugą osobę, że się myli. Tak rodzi się napięcie: między osobistą potrzebą a normą przedstawioną jako „prawda”.

 

Trzy poziomy normy

 

W codziennych relacjach różnice w rozumieniu tego, co „normalne”, zwykle nie wynikają z samych zachowań, ale z tego, do czego są one porównywane. Dla jednej osoby punktem odniesienia jest to, co typowe. Dla drugiej — to, co akceptowane przez otoczenie. Dla trzeciej — to, co znane z własnego doświadczenia. Te perspektywy rzadko są uświadamiane, a jednak mają duży wpływ na to, jak interpretujemy zachowania innych.

 

1. Norma statystyczna – to, co występuje najczęściej

 

W tym znaczeniu „normalne” to po prostu to, co zdarza się często. Jeśli w rodzinie większość osób mieszka blisko siebie, często się widuje i podejmuje decyzje wspólnie, taki model staje się „oczywistą wersją życia”. Ktoś, kto żyje inaczej – dalej od rodziny, bardziej samodzielnie, z mniejszą częstotliwością kontaktu – może być odbierany jako chłodny lub egoistyczny, mimo że z psychologicznego punktu widzenia mieści się to w zwykłej różnorodności funkcjonowania.

Norma statystyczna mówi o częstotliwości, a nie o wartości. Częste nie zawsze znaczy dobre, zdrowe czy właściwe. Rzadkie nie musi oznaczać zaburzenia ani patologii.

 

2. Norma społeczna – to, co akceptowane przez otoczenie

 

Norma społeczna odnosi się do tego, co jest uznawane za właściwe w danej grupie, środowisku czy kulturze. Nie zawsze opiera się na częstotliwości. Może dotyczyć ubioru, sposobu wyrażania emocji, modelu rodziny, podejścia do pracy, relacji czy religii. W jednej kulturze „normalne” jest mieszkanie z rodzicami do trzydziestki, w innej – wyprowadzka po osiemnastce. W jednej firmie „normalne” jest odbieranie telefonu od szefa o 22:00, w innej byłoby to nie do pomyślenia.

Te normy są zmienne, zależne od miejsca i czasu. Coś, co dwadzieścia lat temu uważano za „trudne do zaakceptowania”, dziś jest po prostu jedną z opcji. Normy społeczne bywają silne nie dlatego, że są prawdziwe, ale dlatego, że dają poczucie przynależności.

 

3. Norma osobista – to, co znane i oswojone

 

To najbardziej subiektywny, ale też najtrudniejszy do uchwycenia poziom. Norma osobista nie opiera się ani na statystykach, ani na społecznych wzorcach — tylko na wewnętrznym poczuciu, że coś jest „tak, jak trzeba”. Tworzy się stopniowo, na podstawie rodzinnych doświadczeń, emocjonalnych skojarzeń, przeżytych relacji, przejętych przekonań. To, co było przez lata obecne, staje się znajome, a przez to – uznane za „normalne”.

Jeśli ktoś dorastał w środowisku, gdzie zawsze wszystko planowano z wyprzedzeniem, może uznać spontaniczne decyzje za lekkomyślność. Jeśli ktoś był wychowany w ciszy i unikaniu konfliktów, może zinterpretować otwartą rozmowę jako atak. Czasem norma osobista jest tak głęboko zakorzeniona, że każda inność budzi niepokój — nawet jeśli obiektywnie nie zagraża ani relacji, ani osobie.

 

Wszystkie trzy poziomy normy mogą się na siebie nakładać. Ale dopóki nie są rozróżnione, łatwo o pomyłkę: coś, co dla jednej osoby jest osobistym wzorcem, przedstawiane jest jako ogólna prawda. Wtedy rozmowa szybko zamienia się w ocenę, a różnica staje się problemem — mimo że obie strony mogłyby się porozumieć, gdyby dostrzegły, z jakiego punktu patrzą.

 

Skąd biorą się nasze prywatne normy

 

To, co uznajemy za „oczywiste”, nie powstaje w jednym momencie ani z jednego źródła. Kształtuje się stopniowo — jako efekt wielu doświadczeń, które przez lata budują nasz sposób widzenia świata.

 

1. Temperament

Ludzie różnią się pod względem wrażliwości, sposobu reagowania, potrzeby kontaktu, tempa działania. Ktoś jest bardziej ekspresyjny, ktoś bardziej spokojny. Ktoś szybko nawiązuje relacje, ktoś potrzebuje czasu. Jedna osoba szuka bodźców, druga łatwo się nimi męczy. To nie są lepsze ani gorsze wersje człowieka, tylko różne konfiguracje psychiczne.

 

2. Dom rodzinny

W dzieciństwie uczymy się, jakie zachowania są mile widziane, a jakie są krytykowane albo zawstydzane. Jeśli w rodzinie nie było miejsca na złość czy smutek, dorosły człowiek może uważać emocje za coś „przesadzonego”. Jeśli w domu były one na porządku dziennym, powściągliwość może wydawać się chłodem. To samo dotyczy porządku, sposobu mówienia, podejścia do pieniędzy, kontaktu z bliskimi. To, co było normą w domu rodzinnym, często staje się tłem, według którego oceniamy świat. W rodzinie, gdzie cisza była karą, milczenie partnera może być odbierane jak sygnał zagrożenia. W rodzinie, gdzie cisza była odpoczynkiem, to samo milczenie nie niesie takiego znaczenia.

 

3. Środowisko i kultura

W jednych grupach wysoko ceni się niezależność, konkret i tempo. W innych — bliskość, rozmowy, wspólne przeżywanie. Te normy są silne, bo dają poczucie przynależności. Kto odstaje, łatwo dostaje etykietę „dziwny”, nawet jeśli nie robi nic szkodliwego ani niewłaściwego.

 

4. Późniejsze doświadczenia

Trudne przeżycia i okresy życia potrafią znacząco wpłynąć na to, co później odczuwamy jako „normalne” albo „bezpieczne”. Ktoś, kto przez długi czas funkcjonował w napięciu, może zacząć traktować czujność jako naturalny stan. Ktoś po relacji, w której bliskość była warunkowa, może przyjąć, że miłość zawsze kosztuje. To nie są „obiektywne prawdy o świecie”, tylko sposoby psychiki na przystosowanie się do historii.

 

Normy osobiste powstają powoli, przez lata, i zazwyczaj pozostają niezauważone. Ale właśnie dlatego tak silnie wpływają na to, jak postrzegamy siebie i innych. Gdy nie jesteśmy ich świadomi, łatwo pomylić własne przyzwyczajenia z obiektywną miarą rzeczywistości. I równie łatwo uznać, że ktoś, kto tej miary nie spełnia, „jest jakiś dziwny”, „przesadza” albo „nie umie żyć normalnie”.

 

Normalność i „nienormalność”. Co kryje się za tymi słowami

 

Różnica nie jest automatycznie problemem

 

Wiele sporów o to, co „normalne”, dotyczy sytuacji, które mieszczą się w granicach ludzkiej różnorodności. Ktoś potrzebuje dużo rozmowy, ktoś mniej. Jedna osoba szybko wraca do równowagi po konflikcie, druga potrzebuje kilku dni. Jedna lubi mieć plan, druga działa bardziej intuicyjnie. To może być wyzwaniem w relacjach, ale samo w sobie nie jest dowodem zaburzenia. Nie muszą też oznaczać, że coś jest z nami „nie tak”.

 

Dziecko, które „nie mieści się w normie” – perspektywa rodzica

 

Większość rodziców chce dla swojego dziecka dobra. Jednocześnie wielu ma w głowie określony obraz tego, jak „powinno” wyglądać dzieciństwo i dorastanie. Ten obraz często wynika z własnych braków, zranień albo niespełnionych ambicji. Czasem rodzic chce dla dziecka tego, czego sam nie miał. Czasem chce uchronić je przed błędami, które sam popełnił. A czasem — nieświadomie — próbuje przez dziecko uporządkować swój własny lęk.

Dziecko, które:

  • ma inny temperament (jest bardzo ruchliwe albo bardzo spokojne),
  • rozwija się w swoim tempie,
  • ma nietypowe zainteresowania,
  • inaczej się ubiera, wyraża albo reaguje emocjonalnie,

może zacząć być postrzegane jako „niewłaściwe”. Zamiast pytania: „Czego ono potrzebuje?”, pojawia się myśl: „Jak je dopasować, żeby było normalne?”.

Współcześnie dochodzi do tego jeszcze jeden wymiar: coraz większa świadomość neuroróżnorodności – czyli różnic w przetwarzaniu bodźców, wrażliwości, spektrum autyzmu czy ADHD. Czasem dziecko rzeczywiście potrzebuje specjalistycznego wsparcia, ale nawet wtedy kluczowe jest to, czy jest widziane jako „zepsute”, czy jako ktoś, kogo sposób funkcjonowania jest inny i wymaga zrozumienia, a nie wstydu. Dla dziecka to ogromna różnica: między komunikatem „mamy trudność do zrozumienia”, a przekazem: „to ty jesteś problemem”.

Niektóre zachowania dziecka mogą być trudne: napady złości, wycofanie, odmowa chodzenia do szkoły, silne reakcje na bodźce. Dla rodzica jest to obciążające. W takich momentach łatwo pojawiają się bezradność i złość, a za nimi szybkie etykiety: „nienormalne”, „rozpuszczone”, „nieprzystosowane”. Z punktu widzenia dziecka takie słowa nie są neutralnym opisem. Uderzają w poczucie tożsamości: „jest ze mną coś nie tak”.

To nie znaczy, że każdy przejaw zachowania warto akceptować. Chodzi o rozdzielenie dwóch rzeczy:

  • kim dziecko jest (jego temperament, wrażliwość, sposób odbierania świata),
  • jak się zachowuje (co już można regulować, czego uczyć, jakie granice stawiać).

Można nie zgadzać się na konkretne zachowanie i jednocześnie nie nazywać dziecka „nienormalnym”. Można szukać wsparcia specjalistów, gdy coś rzeczywiście niepokoi – bez zawstydzania i bez porównywania z wyobrażeniem „idealnego dziecka”.

 

Skutki dla relacji: wstyd, bunt i ukrywanie siebie

 

Słowo „nienormalny” rzadko działa neutralnie. Najczęściej jest przeżywane jako osąd, który uderza w samo poczucie własnej wartości. Dziecko określane jako „dziwne”, „inne”, „nie takie jak trzeba” zaczyna czuć wstyd – nie tylko z powodu tego, co zrobiło, ale z powodu tego, kim jest. 

W odpowiedzi na taki przekaz, psychika najczęściej wybiera jedną z dwóch strategii:

 

1. Dopasowanie kosztem siebie

To strategia, w której dziecko — a później dorosły — stara się spełniać oczekiwania otoczenia, nawet jeśli to oznacza rezygnację z własnych potrzeb.

Taka osoba pilnuje się, by „nie przesadzać”, „nie zawracać głowy”, „nie być ciężarem”. Coraz lepiej wyczuwa normy innych i dostosowuje się do nich, nawet jeśli wewnętrznie czuje, że płaci za to wysoką cenę. Z zewnątrz wygląda na „ogarniętą” i „bezproblemową”. W środku narasta zmęczenie i poczucie, że żyje nie swoim życiem.

 

2. Życie w opozycji

Druga strategia to bunt: „Skoro i tak uważasz, że jestem nienormalny / nienormalna, to już nie będę udawać.”

Osoba zaczyna ostentacyjnie przekraczać normy, które ją raniły – wybiera styl życia, ubiór, poglądy najbardziej kontrastujące z oczekiwaniami otoczenia. Zyskuje poczucie wolności, ale często wciąż pozostaje związana z tym, od czego się odcina. Jej wybory są reakcją na cudze normy, a nie spokojnym wyrazem własnych.

 

W dorosłych relacjach obie strategie ujawniają się w subtelny sposób. Ktoś zgadza się na model związku, który tak naprawdę mu nie służy, bo boi się usłyszeć, że „przesadza” albo „nie nadaje się do relacji”. Ktoś inny stale podkreśla swoją „inność”, ale pod spodem wciąż nosi przekonanie, że zwyczajność jest poza jego zasięgiem.

W obu przypadkach sedno pozostaje to samo:
różnica została uznana za dowód gorszości, a nie naturalną część ludzkiego doświadczenia.

 

Norma jako presja w relacjach

 

W relacjach słowo „normalny” często pojawia się jako argument, który ma zakończyć rozmowę. Jedna osoba przedstawia swoją wersję rzeczywistości jako oczywistą:
„w normalnym związku ludzie robią tak”,
„normalna rodzina wygląda tak”,
„normalny człowiek reaguje inaczej”.

Druga strona zaczyna się tłumaczyć. Albo próbuje się dopasować, często kosztem siebie.

Motywacje mogą być różne. Czasem to niepewność wobec tego, co inne. Czasem lęk przed utratą kontroli, sztywne przekonania wyniesione z domu albo przyzwyczajenie do myślenia, że tylko jeden wzorzec jest właściwy. Zdarza się też, że taka etykieta służy utrzymaniu przewagi: kończy rozmowę, ustawia hierarchię, pozwala nie wchodzić w trudniejsze tematy.

W swojej bardziej radykalnej formie taki sposób komunikacji zaczyna przypominać gaslighting. Wtedy nie chodzi już o różnicę zdań, ale o systematyczne podważanie cudzych odczuć: „normalni ludzie tak nie czują”, „z tobą jest coś nie tak”, „to ci się wydaje”. Jeśli ktoś słyszy takie komunikaty regularnie, może zacząć wątpić w siebie, swoją pamięć i to, czy ma prawo przeżywać świat po swojemu. Wtedy „normalność” przestaje być wspólnym punktem odniesienia — staje się narzędziem kontroli.

 

Normalność jako wewnętrzny policjant

 

Normy działają nie tylko w relacjach z innymi. Z czasem mogą przekształcić się w wewnętrzny głos oceny. Człowiek zaczyna mierzyć siebie cudzą miarą — nawet wtedy, gdy nikt już nic nie mówi na głos. Pojawia się napięcie: „czy nie jestem za bardzo…?”, „czy nie jestem za mało…?”, „czy ze mną wszystko w porządku?”

W codziennym życiu może to wyglądać tak, że ktoś stale kontroluje swoje reakcje, nie mówi o potrzebach, bo boi się usłyszeć: „przesadzasz”. Albo żyje w przekonaniu, że powinien być bardziej towarzyski, szybszy, bardziej „ogarnięty” — mimo że wewnętrznie czuje zupełnie inny rytm. Taki wewnętrzny policjant nie wspiera rozwoju. Najczęściej podtrzymuje wstyd i ciągłe poczucie niewystarczalności.

 

Internet, media i rozszerzająca się „norma”

 

Internet i media społecznościowe wprowadzają do tego tematu dodatkowe napięcie.

Z jednej strony poszerzają obraz tego, co możliwe. Dzięki nim łatwiej zobaczyć, że istnieje wiele modeli życia: różne style związków, rodzicielstwa, pracy, wyglądu czy duchowości. To może być kojące dla osób, które w swoim najbliższym otoczeniu czuły się jedynymi „innymi”.

Z drugiej strony media tworzą nowy zestaw norm. Pojawia się sugestia, jak „powinien” wyglądać szczęśliwy związek, „zdrowe” ciało, „spełnione” życie zawodowe, „dobrze” funkcjonujące dziecko. Obrazy są często skrajne, wyidealizowane i przefiltrowane. To, co zwyczajne, złożone, niejednoznaczne, pojawia się rzadziej, więc nietrudno uwierzyć, że jeśli nasze życie tak nie wygląda, to jesteśmy „nie tacy, jak trzeba”.

Pojawiają się też szybkie etykiety psychologiczne. Łatwo natknąć się na hasła: „toksyczny”, „narcystyczny”, „borderline”, „wysoko wrażliwy”, „emocjonalnie uzależniony”. Z jednej strony to zwiększa świadomość. Z drugiej – możemy zacząć używać tych słów zamiast spokojnej refleksji. Czasem nazwiemy „niezdrowym” coś, co po prostu jest inne niż nasze normy. Innym razem zbagatelizujemy realny problem, bo „każdy tak ma”.

W efekcie pytanie „czy jestem normalny / normalna?” zaczyna odnosić się już nie tylko do najbliższego otoczenia, ale także do anonimowych wzorców z sieci. Porównujemy swoje dziecko do dzieci z filmików, swój związek do relacji opisywanych w postach, swoje emocje do uproszczonych schematów. Różnica między tym, co widzimy u siebie, a tym, co pokazują inni, może wzmacniać poczucie bycia „nie na swoim miejscu”.

 

Normalność i „nienormalność”. Co kryje się za tymi słowami

 

Kiedy „poza normą” oznacza coś poważnego

 

To, że normalność zależy od kontekstu, nie znaczy, że wszystko jest kwestią gustu. Są sytuacje, w których mówimy o realnym problemie psychicznym — i wtedy warto znać konkretne kryteria.

1. Cierpienie i wyraźna utrata funkcjonowania

Jeśli ktoś przez dłuższy czas nie radzi sobie z codziennością, nie jest w stanie utrzymać relacji, pracy ani stabilności psychicznej, nie mówimy o „innym stylu życia”. To sygnał, że potrzebuje pomocy.

2. Utrata kontaktu z rzeczywistością

Głębokie zniekształcenia percepcji, urojenia, stany, w których człowiek nie odróżnia faktów od wyobrażeń, należą do obszaru klinicznego — nie są po prostu przejawem „innego charakteru” czy „nietypowej wrażliwości”.

3. Przemoc

Jeśli czyjeś zachowanie regularnie krzywdzi innych albo samego siebie, przekracza granice i niszczy poczucie bezpieczeństwa, nie jest to kwestia „nietypowości”, z którą „trzeba się pogodzić”. To coś, co wymaga jasnego zatrzymania i ochrony.

Te kryteria pomagają z jednej strony nie patologizować różnorodności, a z drugiej — nie nazywać wszystkiego „tylko inną wersją życia”.

 

Normalność jako iluzja bezpieczeństwa

 

Dążenie do „normalności” często wiąże się z potrzebą bezpieczeństwa. Wierzymy, że jeśli będziemy odpowiednio „normalni” – w poglądach, wyglądzie, życiorysie – to unikniemy odrzucenia, oceny, samotności. Podobnie, jeśli uda nam się „uformować” partnera, partnerkę czy dziecko według własnych norm, świat stanie się bardziej przewidywalny.

Problem w tym, że taka „normalność” rzadko daje realne poczucie bezpieczeństwa. Raczej prowadzi do napięcia: trzeba nieustannie kontrolować siebie i innych, pilnować, by nikt nie wyszedł poza ramy. W praktyce często oznacza to rezygnację z części siebie albo stałe poczucie, że trzeba się dostosowywać.

Z psychologicznego punktu widzenia poczucie bezpieczeństwa rośnie nie wtedy, gdy wszyscy są tacy sami, ale gdy wiemy, na czym stoimy: znamy swoje wartości, potrzeby, granice i potrafimy je komunikować. Normalność przestaje być wtedy zewnętrzną kategorią, a staje się czymś bardziej wewnętrznym: „tak chcę żyć”, „na to się nie zgadzam”. Znika potrzeba oceniania innych w kategoriach „normalności / nienormalności”, bo zamiast tego pojawia się jasność co do własnych kryteriów.

 

Co pomaga w pracy z własnymi normami

 

Pierwszym krokiem jest zauważenie, że nasze pojęcie normalności nie jest obiektywną prawdą, tylko efektem historii, w której dorastaliśmy. Nie jesteśmy źli ani winni — po prostu uczyliśmy się świata w konkretnych warunkach. Pomaga wtedy prosta zmiana języka: zamiast mówić „normalnie to…”, można spróbować „dla mnie ważne jest…”, „ja dobrze się czuję, kiedy…”, „potrzebuję…”. To nie jest jedynie różnica słów. Za tym idzie uznanie, że:

  • mam prawo mieć swoje preferencje,
  • inni mają prawo mieć swoje,
  • to, co dla mnie znane, nie jest jedynym właściwym wzorcem.

Drugim krokiem jest ciekawość wobec tego, co inne. Zamiast od razu oceniać czyjeś zachowanie jako „dziwne” albo „nienormalne”, można spróbować zobaczyć, z jakich doświadczeń i wartości ono wynika. Nie po to, by je przejmować, ale po to, by rozumieć, że za różnicą nie musi stać zagrożenie.

Trzecim elementem jest jasność granic. Rozumienie cudzej historii nie oznacza zgody na wszystko. Możemy rozumieć, że ktoś wywodzi się z domu, w którym krzyk był normą, i jednocześnie jasno komunikować, że dla nas krzyk jest nie do przyjęcia. Możemy widzieć, że partner czy partnerka ma inny styl przeżywania bliskości, i równocześnie mówić o tym, czego potrzebujemy, by relacja była dla nas dobra.

W takiej perspektywie pytanie „czy jestem normalny / normalna?” powoli traci znaczenie. Bardziej istotne staje się to, czy sposób, w jaki żyjemy i traktujemy innych, jest spójny z tym, co naprawdę uważamy za ważne – i czy nie wymaga od nas ani od innych ciągłego udowadniania, że „mieścimy się w normie”.

 

Podsumowanie

 

Słowa „normalny”„nienormalny” wydają się proste, ale za każdym razem znaczą coś innego w zależności od osoby, kontekstu i historii. Czasem opisują to, co statystycznie częste. Czasem to, co w danym środowisku akceptowane. Czasem tylko to, co dla nas osobiście znane i bezpieczne. Kiedy nie widzimy tych poziomów, łatwo pomylić różnicę z „błędem”. Albo uznać, że ktoś jest „trudny” czy „nie do przyjęcia” — tylko dlatego, że nie mieści się w naszym własnym wzorcu.

Z psychologicznego punktu widzenia ważniejsze od pytania „czy jestem normalny / normalna?” jest coś innego: „czy moje zachowanie nie krzywdzi innych i mnie samego / mnie samej, czy mam przestrzeń na własne potrzeby i czy potrafię uznać, że inni mogą żyć inaczej niż ja?”. To przesuwa uwagę z abstrakcyjnej normy na realną odpowiedzialność i jakość relacji.

Kiedy zaczynamy patrzeć na „normalność” jak na opis rzeczywistości, a nie wyrok, łatwiej rozumieć siebie i innych. Zamiast próbować dopasowywać wszystkich do jednej miary, można zobaczyć, jakie normy wynieśliśmy z domu, co rzeczywiście nam służy, a co podtrzymujemy tylko z przyzwyczajenia. Wtedy słowo „nienormalny” przestaje być narzędziem zawstydzania, a staje się mało przydatne. Zastępuje je bardziej precyzyjne pytanie: „Czy to jest w porządku dla mnie?”, „Czy to jest bezpieczne?”, „Czy to jest zgodne z tym, jak chcę traktować innych i siebie?”.

 

Szczera rozmowa ze sobą: Droga do pierwszych zmian. Workbook pobrać darmowy PDF

Jak zaufać sobie – doświadczenie ważniejsze niż opinie. Przewodnik autorefleksji i świadomych decyzji. → pobrać darmowy PDF